Książka, jak przewodnik przez życie, jak przyjaciel, który nie zawiedzie

Jestem z tego pokolenia, które to siedziało do późna w nocy i czytało  książki pod kołdrą z latarką w dłoni. No tak, to stara już jestem i jakby nie z tego świata, bo teraz już mało kto czyta tradycyjne książki. Mnie wciąż jednak wciąga zapach papieru i farby drukarskiej.  Zaczęło się zwyczajnie, od szkolnej wizyty w bibliotece, ale już nie szkolnej, tylko takiej dla wszystkich, a właściwie od zauroczenia ilością półek z książkami i  opowieściami młodej dziewczyny, która w tej bibliotece pracowała.  Wtedy właśnie ona dostrzegła ten zachwyt w moich oczach, bo potem, przez kilka lat podsuwała mi coraz to nowe i ciekawe książki do czytania.  Pochłaniałam je z takim zaciekawieniem, , bo rzeczywiście  moja mama krzyczała, że już prawie świta, a ja nie zdążyłam jeszcze zasnąć. Z czasem to i ona się przyzwyczaiła do takich nocnych sytuacji i nie reagowała, więc czytałam. Wiadomo, że nie lektury, bo słowo lektura obowiązkowa, kojarzyło się z przymusem,  a przecież  ja byłam wolna .  Pewnie tamto czytanie ma do dziś wpływ na mój charakter,  moje widzenie dzisiejszego świata.  Wszak nie tak go sobie wymarzyłam. 

Choć życie toczy się swoimi torami, to ja wciąż uciekam w świat książek. No bo jak bez nich, gdy po dwudziestu latach wróciłam w rodzinne strony, a w bibliotece ta sama pani, co prawda już nie młoda, ale  od razu mnie rozpoznała.  Przyznam, że to właśnie ona  ( może świadomie, a może nie), pomogła mi przejść, przez te trudniejsze  chwile. Pamiętam pierwszą książkę jaką dała mi do przeczytania, właśnie wtedy, gdy po latach rozpoczynałam nowe życie. Była to autobiograficzna powieść Waris Dirie  „Kwiat pustyni”. Kto czytał, ten wie, że rzeczy, o których nawet marzyć nie wolno, mogą się wydarzyć naprawdę. Potem była fascynacja  twórczością Janusza Leona Wiśniewskiego, choć przyznam szczerze jego  bestselleru „Samotność w sieci”  nie przeczytałam do końca. Zaczęłam czytać  na dzień przed operacją usunięcia nowotworu i tak jakoś już nie potrafiłam  do tej powieści wrócić.   Dziś, choć życie wciąż nie rozpieszcza, staram się czytać rzeczy lekkie i przyjemne, współczesnych autorów.  Chętnie sięgam też do małych tomików poezji moich znajomych. Książka to takie moje lekarstwo na samotność, na nudę , na problemy. 

   Ostatnio, czytając ” Prowincję pełną smaków” Katarzyny Enerlich  natknęłam się na taki fragment – cytuję

„Umarł starzec. Ale zanim trafił do bram raju, ukazało mu się całe jego życie w postaci piaszczystego brzegu ze śladami stóp. Pochylił się nad śladami. Zauważył, że czasem są to ślady jednego człowieka, a czasem jakby było ich dwóch. Zapytał więc Boga. – Czyje to ślady obok moich?  A Bóg mu odpowiedział.   -To ja idę razem z tobą.    Starzec przyjrzał się jeszcze raz śladom. Uważnie. I zobaczył, że w szczęśliwych chwilach Bóg szedł obok niego. Ale nie dostrzegł jego śladów w trudnych chwilach. Zapytał więc Boga:  – Dlaczego mnie wówczas opuściłeś?   A Bóg mu odpowiedział.  – Źle wszystko zrozumiałeś starcze. Kiedy było ci dobrze, mogłem iść obok ciebie. Ale kiedy było ci ciężko w życiu, niosłem cię na swych ramionach”

    Przeczytałam, uśmiechnęłam się wówczas do swoich myśli, bo przyszło mi do głowy, że pomimo wszystko w moim życiu jest sporo tych podwójnych śladów, czego i Wam kochani życzę w tym roku, który właśnie nam się rozpoczął,  by gdy upadniemy, nikt nie musiał nas nieść, byśmy mieli tyle wewnętrznej siły, by powstać i iść dalej.

 

 

– takie trzy po trzy, ale… jestem

Podaj mi płaszcz — deszcz pada
  koniec z pogodą, niestety
  To nie deszcz? nie, to łzy spadły
  z jakiejś odległej planety.
( Maria Pawlikowska- Jasnorzewska )

Tak naprawdę do końca ni wiadomo, czy to deszcz, czy łzy. Faktem jest, że mamy już wrzesień, a  pogoda szybciuteńko  dostosowuje się do kalendarza. Opady, wiatr i spadająca temperatura, a jeszcze tak niedawno narzekaliśmy na upały.  Może to i dobrze, że  tak się dzieje, o przynajmniej dzieciom mniej żal  skończonych wakacji… Mój urlop od pisania też zbliża się ku końcowi, bo co tu dużo mówić; stęskniłam się za Wami i tyle.  Przyznam, że podczas tej ciszy  w pisaniu i tak zaglądałam, czytałam, czasem zostawiałam po sobie maleńki ślad, bo przecież nie da się, ot tak zwyczajnie wziąć (wziąść 😉 ) urlop od życia. Pisanie bloga stało się jego częścią. Tak samo jak nie można przestać pisać wierszy, bo to takie coś, co siedzi głęboko w człowieku i tak bardzo chce do ludzi, choć od prawdziwej poezji odległe.

  „Urlop od pisania”  przede wszystkim poświęcony był najbliższym; dzieciom, wnukom, no i sobie, a właściwie swojemu zdrowiu. Coś tam trzeba było  naprawić, trochę zabezpieczyć, by dalej ciągnąć ten wózek życiem zwany, z naciskiem na ciągnąć, by inni nie  musieli mnie wyręczać,  bo póki człowiek daje radę – jest  dobrze. Oby tak było jak najdłużej ( to takie moje skromne życzenie/marzenie ), to wówczas  jeszcze odrobinkę  ponudzę Was swoim pisaniem, a myślę,  że będzie o czym, bo życie  podrzuca nam coraz to nowe, zaskakujące tematy.

– ech życie, teraz to już pewnie z górki….

… noc
sen znowu zgubił się w ciemności
kładę się na plecach
zamykam oczy i marzę.
Wiesz
marzenia to jedyny towar
bez daty ważności
pól wieku już ze mną
a wciąż takie świeże
takie pachnące.

Zamykam oczy
odpływam samotnie
jak najdalej od brzegu
chcę wreszcie uwierzyć w siebie
być władcą swoich myśli
jakie to piękne uczucie
nie czuję lęku
jest tak cudownie
nie tak ja w życiu
gdzie szarość potyka się o codzienność
czuję chłód na swej skórze
wracam
otwieram oczy
wciąż jeszcze jesteś
choć nic nas nie łączy

wiesz
kupię sobie kalosze
takie prawdziwe, gumowe
może w kwiatki
albo zielone
takie nieprzemakalne
będą dla mnie pancerzem
przez resztę życia w nich przejdę
głupie to myśli co
ale
łapię się każdej nadziei

Alina Drążczyk

  Marzenia, pół wieku ze mną są, a wciąż takie świeże, pachnące.  Tak, już jutro (07. 07. ) minie pół wieku od moich narodzin. Kawał czasu.  Z tej to właśnie okazji , sobotni wieczór był takim wyjątkowym dla mnie, spędzonym w gronie najbliższych. Niby nic wielkiego, rodzina spora, a sąsiedzi  ( kiedyś już o nich wspominałam ) wyjątkowi, więc było tych osób, oj było i działo się, oj działo 😉

   Właśnie tak sobie myślę; prawie wszyscy składając życzenia, życzyli mi tradycyjnie 100 lat. Pięknie, tylko dotarło do mnie, że właśnie jestem w połowie tej drogi. Powinnam więc być na szczycie, a ja zaledwie na małej górce i to dość kamienistej. Marnym pocieszeniem jest fakt, że skoro to ten szczyt, to może choć łatwiej będzie spadać. Przysłowie mówi „im wyżej wejdziesz, z tym większym hukiem spadać będziesz”, a skoro ja niziutko, to choć nadzieja, że będzie mniej bolało. Może rzeczywiście przydałyby się takie kalosze, które byłyby dla mnie pancerzem. Tyle mojego marudzenia, no bo przecież kobieta czasem musi sobie pomarudzić 😉

   Na koniec iskierka optymizmu. Wracając do sobotniego  spotkania, to wiadomo, były życzenia, no i prezenty oczywiście. Jest jeden, o którym chciałam wspomnieć, to prezent od moich dzieci – dwa bilety  do Teatru Powszechnego w Łodzi na sztukę Juliusza Machulskiego  „Brancz ” .  Niby nic, ale dla takiej ” kury domowej” to prawie święto. Tak więc, bilety mam, dojazd (ok 50 km) też i…. nawet tajemnicza osoba towarzysząca zapewniona.  Chyba już mam tremę, bo w teatrze byłam ostatnio / wstyd się przyznać kiedy/ powiedzmy, że dawno, a tu jeszcze ta tajemnicza osoba . Ech, a miało być z górki 😉

 

 

Co było to było, a będzie to, co będzie…

Już tylko godziny dzielą nas od chwili, gdy pożegnamy Stary i powitamy Nowy Rok. Zerknęłam do wpisu z grudnia 2013 . Życzyłam wtedy wszystkim, by rok mijał rodzinnie w towarzystwie  trzech sióstr; Wiary, Nadziei i Miłości. Czy tak było, każdy pewnie osobno odpowie sobie na to pytanie, bo przecież nie ma jednego schematu człowieka, schematu rodziny. 

Co do mojej osoby, to chyba nie powinnam narzekać. Rok minął w miarę spokojnie. Były radości i smutki, pewnie tak, jak u każdego. Takim maleńkim plusikiem jest przynależność do pewnego stowarzyszenia, które między innymi pomaga ludziom  starszym, samotnym. Nie żebym się chwaliła, ale zwyczajnie sprawia mi to przyjemność i niech tak pozostanie.  Tyle w tych ludziach  ciepła. Kiedyś przecież i ja będę „ta starsza”.  A no i jeszcze muszę/chcę pochwalić pracę urzędników, z którymi mam do czynienia (na przekór panującej opinii), nie miałam żadnych zatargów, wręcz przeciwnie. Kiedyś już wspominałam, że w naszej Gminie atmosfera jest przyjazna i oby taka była  jak najdłużej, a moje sprawy urzędowe, choć małymi kroczkami, ale posuwać się będą do przodu. Byle tylko zdrowia starczyło, bo moje serducho, choć pod opieką kardiologa i dobrego internisty, ostatnio porządnie dało się we znaki, ale już wszystko pod kontrolą. Ważne, że rodzina trzyma się razem, bo o przyjaciół, zwłaszcza tych prawdziwych to coraz trudniej.  Tak  po cichuteńku, to Wam  powiem, że w marcu urodzi się kolejny wnuczek, no to będę miała już fajne trio, jednym słowem babcia ze mnie na całego. Oby tylko wszystko było szczęśliwie, to takie moje życzenie na przyszłość. Dla Was zaś ? Cóż, pewnie każdy ma swoje życzenia/ marzenia, więc chciałabym, by te dobre spełniły się wszystkie, a jeżeli już trafią się te trochę gorsze, to żeby ich było jak najmniej i też miały w miarę pozytywny finał. No i jeszcze jedno, żeby przez ten rok, a może i dłużej, dało Wam się wytrzymać z tym moim pisaniem.     Pozdrawiam bardzo, bardzo ciepluteńko  🙂

Gdy przyjaźń umiera…

Kilka minut przed  północą zadzwonił telefon,  wyświetlił się  nieznany mi numer. Odebrałam. Okazało się, że to tylko pomyłka. Do dziś nie wiem, dlaczego nie skasowałam tego numeru, chyba przez moje bałaganiarstwo, ktoś po drugiej stronie też nie skasował mojego. Po kilku dniach pojawił się  sms  z pozdrowieniami i przeprosinami. Ot, taka niewinna zaczepka.  Moja babska ciekawość wzięła górę i tak to się zaczęło.  Na początku tylko  sms-y, potem rozmowy, takie zwyczajne, o wszystkim i o niczym. Mijały dni, miesiące, nasza znajomość przerodziła się w taką  fajną kumpelowską  przyjaźń.  Moje duże problemy życiowe, dzielone z kumplem, stawały się mniejszymi. Był pierwszą osobą, która dowiedziała się, że mam nowotwór. Jakoś łatwiej było wziąć telefon i napisać, potem dopiero stanąć  w domu, przed dziećmi i zakomunikować  taką straszną nowinę. Wspierał, tłumaczył, pocieszał. Razem to przechodziliśmy , choć dzieliła nas spora odległość. Udało się, chyba z tego wyszłam. To było jakieś osiem lat temu. Nasza przyjaźń trwa nadal, choć kontakty nieco się rozluźniły. Przez ten czas w jego życiu, jak i w moim, wiele się zmieniało. Dzieci zakładały swoje rodziny, rodziły się wnuki. Nie było już długich rozmów, tylko  pozdrowienia, czasem jakieś luźne pogawędki. Żartowaliśmy, że z nami to tak jak ze starym małżeństwem,  czym większy staż, tym mniej  kontaktu.  Obiecaliśmy sobie, że nigdy się nie spotkamy, by nie być zbyt rozczarowanym, z resztą , każdy przecież miał swoją rodzinę.

 Wiosną , tego roku, okazało się , że  on ma strasznego złośliwca na płucach. Bardzo szybko się rozwijał. Badania, operacje, jedna, potem druga. Chemioterapia. Zawsze powtarzał, że  jest uparty i silny i nigdy się nie podda. Szybko wrócił do pracy, zbyt szybko.

 Od dwóch tygodni znów jest w szpitalu. Już wie, że nie ma dla niego ratunku. Teraz jest walka o każdy nowy tydzień, każdy dzień. Były chwile takie gorsze, już się pożegnaliśmy. ciągle słyszę jego słowa, bym pamiętała o sobie, bo dzieci, bo życie wcale nie jest takie złe, tylko niektórzy mają pecha. 

Mówią, że trzeba wierzyć, że póki serce bije, trzeba mieć nadzieję, bo przecież nadzieja umiera ostatnia.

 

Zwolniłam, w moim maleńkim niebie już nie ma szarych motyli, zwolnij i Ty

 

Moje niebo, tak maleńkie,
drżąca kropelka błękitu
przez którą nieśmiało przebija słońce.
Moje niebo dziś pachnie wiosną,
zielono błękitną łąką
nad którą fruwają motyle.
Widziałaś mojego motyla?
już nie jest tak szary
jak wczorajszy dzień.
Wszystko jest inne
bardziej kolorowe, pachnące
w moim niebie
na mojej łące

A czy ty, znalazłeś już swój kawałek nieba? Czy udało Ci się choć raz, ot tak,  zamknąć za sobą  drzwi, wyjechać na łono natury, w miejsce, gdzie czas płynie bardzo, bardzo wolno?

  Nasze życie upływa w ciągłym pośpiechu. Stres, jaki nam towarzyszy może prowadzić  do wielu  poważnych chorób. Nie mamy czasu dla bliskich ( nasze kontakty stają się powierzchowne ), a przede wszystkim, nie mamy czasu dla siebie. Może  teraz właśnie jest ten czas, by to zmienić. Zwolnienie tempa życia  wyjdzie nam tylko na dobre. Mamy wiosnę, więc zamiast siedzieć przed telewizorem, spacer, nawet krótki, niech stanie się naszym codziennym zwyczajem, taką maleńką chwilką dla siebie.  Nauczmy się od nowa cenić czas i spokój, przecież im wolniej żyjemy, tym więcej dostrzegamy drobiazgów, lepiej słyszymy i mocniej czujemy.  Za kilka dni, bo już 15 maja, będziemy mieć takie nowe, ale niezwykłe święto; Dzień Polskiej Niezapominajki. Zapoczątkował je dwanaście lat temu, redaktor radiowej jedynki, prowadzący wówczas Ekoradio, nieżyjący już, pan Andrzej Zalewski. Kto słuchał radia na pewno pamięta te piękne, opisowe prognozy pogody.  Święto to powstało tak troszeczkę na przekór Walentynkom, ale za to jest nasze, polskie. Zachęca ono do budowania i zawiązywania nowych przyjaźni, ale jednocześnie  ma ocalić  od zapomnienia ważne chwile naszego życia, ważnych ludzi i miejsca. Dlatego  choćby w tym dniu  warto się zatrzymać, zwolnić , powspominać, może zacząć budować nowe, a przede wszystkim nauczyć się szanować to, co nas otacza. 

 

  

 

 

Wyjątkowy dla mnie dzień- własnie mija rok w blogowym świecie.

  KOCHANI, dzisiejszy wpis , choć krótki ,  to jest dla mnie wyjątkowy. Uroczysta Wielka Sobota, wszystko już przygotowane , ale ja nie o tym, dziś właśnie mija rok mojego blogowania. Już rok, jak ten czas zasuwa, co prawda wirtualnie  to jestem z wami już od pierwszych dni marca.  Najpierw komentowałam jako zwykły czytelnik u Stokrotki, Azalii, Uleczki , Andrzeja.  Takie zaraźliwe to pisanie, bo wciąż było mi czegoś za mało, więc za namową i poparciem kochanej Uleczki ,postanowiłam, że i ja spróbuję swych sił w tym blogowym światku.  Postów nie jest zbyt dużo, bo to dopiero mój pięćdziesiąty wpis, ale staram się pisać szczerze, tak z serca, o tym co cieszy i co boli, o tym, jak to nasze życie widziane jest oczami prostej i skromnej osoby, bo taką właśnie  jestem.  Nie staram się nikomu zaszkodzić, choć zdarza  mi się  czasem nadepnąć komuś przypadkiem na odcisk, ale ten ból  jest naprawdę do zniesienia.

  Wczoraj, przejrzałam swoje posty i komentarze do nich. Boże, ile ja tu fajnych osób poznałam, z niektórymi mam nawet dość dobry kontakt poza blogiem; wymieniamy poglądy , spostrzeżenia, czasami nawet  jest dość ostro 😉

  Dziś , po roku pisania , mogę śmiało powiedzieć; WARTO BYŁO zacząć, może liczba wyświetleń nie jest jakaś  astronomiczna, ale  cieszę się z każdych odwiedzin, a przede wszystkim z każdego pozostawionego komentarza. Te  miłe i dobre, to zawsze cieszą, ale i te krytykujące moją postawę, też są bardzo cenne bo potrafią człowieka zmobilizować, postawić do pionu. Przyznam, że każdy komentarz czytam dokładnie ,  rozbieram na drobne, analizuję, wyciągam wnioski.      Bardzo wam za ten rok dziękuję ,  a tak po cichuteńku liczę , że może jeszcze trochę ze mną wytrzymacie, bo ja bardzo chciałabym  jeszcze pozostać w tej wielkiej blogowej rodzince. Przyznam się;  polubiłam to pisanie , jest mi  tu dobrze i chyba coraz bardziej mnie to wciąga.  

 Jeszcze może kilka słów; Z okazji Świąt Wielkiej Nocy  pragnę  wszystkim   odwiedzającym  moje strony złożyć  jak najserdeczniejsze życzenia  miłości i spokoju, smacznego jajka i oczywiście mokrego dyngusa. 

  

Życie jest muzyką, a dla niektórych , muzyka jest życiem.

                                Moja muzyka, moje życie

  Co jest takiego w muzyce, że w moim życiu odgrywa tak ważną rolę?  To takie małe moje dziwactwo, które działa prawie, jak lekarstwo. Potrafi ukoić smutek, złagodzić ból, nawet pomoże postawić się  po upadku na nogi i zmobilizować do ponownego działania,  towarzyszy również wybuchom radości. Może sobie  pomyślicie , że jestem trochę szalona , ale praktycznie  nie wyobrażam sobie  dnia z ciszą, bez muzyki.  Dla mnie dźwięki to taka  muzykoterapia   wymyślona przez siebie i dla siebie , sprawdzona , taki cudowny środek, który już nie raz pomógł. Może to niedorzeczne , co napisałam, ale  każdy człowiek , który ma w sobie choć odrobinę wrażliwości, przyzna , że życie bez muzyki byłoby szare, smutne i o wiele trudniejsze. Kilka lekkich dźwięków o poranku, potrafi ustawić nastrój na cały dzień. 

   Na jednym z portali społecznościowych mamy takie małe nieformalne grono przyjaciół, dla których muzyka  jest częścią  ich samych, częścią ich wnętrza. Jest takie powiedzenie  JESTEŚ TYM , CO JESZ, ja  bym to troszeczkę zmodyfikowała na  JESTEŚ TYM , CZEGO SŁUCHASZ.  Czego ja słucham?  W zasadzie to wszystkiego, co jest wykonywane w języku polskim, począwszy od utworów  Mieczysława Fogga , do którego piosenek miłość zaszczepił mi tato , poprzez inne szlagiery z  lat powojennych  aż po utwory zupełnie współczesne ,  tu od razu dodam , że  wbrew  pozorom , te współczesne  też są ciekawe, też mają swoją treść i swoje  przesłanie. Zatem, z jednej strony pop, blues, poezja śpiewana, muzyka poważna , a z drugiej techno, rap, czy nieśmiertelny mocny rock.  Wszystko zależy od nastroju i nastawienia do życia, bo muzyka jest  wszędzie wystarczy tylko chcieć ją usłyszeć , poczuć  , zrozumieć. WYSTARCZY NAPRAWDĘ TYLKO CHCIEĆ.   Na koniec chciałabym  ( na przekór , tym którzy głośno krzyczą i zarzekają  się , że disco polo jest  be, a jednocześnie całkiem dobrze się przy tych dźwiękach bawią )  polecić utwór dość wiekowy już, ale z piękną melodią i takimi też słowami, w sam raz dla wrażliwców.

 

 

 

Pamięci Tej co odeszła i tego, co do mnie nie ma prawa powrócić .

 W niedzielę wieczorem  przeczytałam , że odeszła od nas niezwykła kobieta – KAŚKA Markiewicz (najbardziej lubiła, gdy tak właśnie się do niej zwracano) , uczestniczka TheVoice of Poland. Pewnie każdy już to oglądał, ale przypomnijmy sobie jeszcze raz .

 Po tej niedzielnej wiadomości, coś we mnie pękło, gdzieś w środku pojawił się taki  prywatny ból, a nawet złość. Jak to jest, że o  trudnych tematach dyskutuje się właśnie w tak ciężkich  chwilach.  Mówi się dużo o profilaktyce, o badaniach, nawet  pani Jolanta Kwaśniewska  zabrała w tym temacie głos, namawiając panie do badań kontrolnych.  Znajomy , na jednym z portali społecznościowych przytoczył słowa KAŚKI , chyba  z ostatniego jej wywiadu  – ,, życie warto doceniać wcześniej  i dbać o to, by trwało jak najdłużej”.   Tak, to wszystko prawda, tylko,  co zrobić , gdy jest się matką  samotnie wychowującą kilkoro dzieci ( najmłodsze wówczas niespełna trzy latka ), a  choroba w przeciągu pół roku , zrobi w człowieku takie spustoszenie, że na trzecie piętro wchodzi się z dwoma przerwami na odpoczynek,  gdy w ręku trzyma się wynik brzmiący jak wyrok ; NOWOTWÓR ZŁOŚLIWY.     To co się wtedy dzieje w człowieku , jest wręcz nie do opisania . Wiedzieć , że się umiera, że trzeba o tym powiedzieć najbliższym, że trzeba zrozumieć  i wybrać – pogodzić się , czy walczyć. Chyba największemu wrogowi  nie życzę , by musiał się o tym przekonać na własnej skórze.

Szpitale , operacje , a potem  leczenie, leczenie , leczenie.  Dlaczego żyję , będąc na zupełnie straconej pozycji?  Sama tego  nie wiem, mój lekarz prowadzący  też chyba nie bardzo wie . Być może właśnie  spełnia się to moje największe marzenie ( miałam ich wtedy tyle) . Co będzie , gdy się spełni do końca?  Lepiej nie pytajcie. Odpowiedź  znam  tylko ja, dwie najbliższe mi osoby , no a przede wszystkim Ten,  w którego wierzę.

Dostałam szansę , dlatego też może troszeczkę inaczej podchodzę do codzienności, już wiem jak cienka jest linia oddzielająca życie i śmierć i jak łatwo można ją przekroczyć.  Nawet nie wyobrażacie sobie , jaka to radość , gdy  wstaje się rano i do twarzy w lustrze można powiedzieć – Cześć, jest ok, przed tobą nowy dzień .  zobacz, znowu przyszła wiosna. Możesz cieszyć się  śpiewem ptaków, barwami kwiatów, możesz cieszyć się życiem .

  Oby, tych wiosen  było jak najwięcej, bo jeszcze tyle tych maleńkich marzeń do spełnienia.

Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma, a ja….

Przez lata uważałam herbatę jako zwykły codzienny napój. Nic nadzwyczajnego i pewnie byłoby tak do dziś , gdyby nie mały epizodzik  w moim życiu. Siedem lat temu, gdy przyszło mi jakiś czas spędzić na onkologii , pierwszy raz zetknęłam się z zieloną herbatą.  Pili ją prawie wszyscy, jednak jej słodko – gorzki smak nie wzbudził na moich kubkach smakowych specjalnego zachwytu, no ale skoro polecali ją nawet lekarze, warto było spróbować.  Więc   szukałam  tej odpowiedniej , kupowałam i próbowałam.  Coraz więcej i coraz to nowe. Z czasem  to kupowanie weszło mi chyba w krew , bo do dziś  moje oko skręca  na sklepową  półkę z herbatami.   Tak wiem, że jest to produkt spożywczy, który ma swój okres ważności (poza herbatami czerwonymi, one mogą leżeć latami ) , w moim domu zawsze znajduje się od kilkunastu, nawet do…. (chyba się nie przyznam  😆 )  gatunków herbat; pozwolę przedstawić je choć w skrócie, zacznę od herbaty

    ZIELONEJ  (dziś już ulubionej i codziennej) – kilka gatunków w tym  ten jedyny  yunnan. Herbata ta zawiera przeciwutleniacze, czyli związki , które likwidują wolne rodniki, spowalniają proces starzenia , no i mają właściwości antyrakowe – mała ciekawostka, przy zaparzaniu nie zalewamy jej wrzątkiem , lecz przegotowaną wodą w temperaturze około osiemdziesięciu stopni.

    BIAŁA herbata, o przebogatym smaku,  jest uważana za arystokratkę wśród herbat, wprost  rarytas (cenowy też). W skład jej wchodzą tylko pączki liści zbierane wczesną wiosną , stąd właśnie ten wyjątkowy smak. Lubię ją czasem wypić , tak dla poprawienia nastroju, dla  przyjemności.

   herbata CZARNA -ogólnie znana (oczywiście w domu kilka gatunków) . Powstaje w wyniku czterech procesów; więdnięcia, skręcania,fermentacji i suszenia. 

    Herbata CZERWONA   Pu erh , o jej produkcji pisać nie będę , gdyż proces ten jest dość długi i nieco skomplikowany , ale wiadomo , że przyspiesza trawienie , zatem zalecana jest dla osób z nadwagą.Przyznam, że jej dziwny , ziemisty smak, nie bardzo mi odpowiada i jeżeli już kupuję to taką  o smaku cytrynowym .

  Poza tym w moim skromnym zbiorze znajduje się spora ilość herbat owocowych . Przy zakupie polecam sprawdzić , ile procent owocu znajduje się  w takiej herbatce, bo może okazać się , że jest tego niewiele , no i jeszcze herbatki ziołowe , ogólnie wszystkim znane.

   Wiadomo, że najbardziej wartościowe są herbaty liściaste i takie powinniśmy kupować, choć są one mniej wygodne w przygotowaniu, ale za to jaki smak i aromat. Dla takich przyjemności  , naprawdę warto poświęcić  odrobinkę czasu, bo przecież te popularne   ekspresowe , produkowane są z najgorszego rodzaju surowca.  I jeszcze taka mała ciekawostka. Ostatnio korci mnie , by kupić herbatę NIEBIESKĄ , przyznam , jeszcze nie próbowałam, ale to tylko kwestia czasu, bo już umówiłam się z panią ze sklepu zielarskiego ; poszuka i sprowadzi. Podobno ma  łagodniejszy smak niż zielona , no i również ma wiele korzystnych właściwości. Wychodząc z założenia, że HERBATA  DA  CI  WSZYSTKO,  CO  W  NIEJ  TKWI  ,  JEŻELI  OTRZYMA  WSZYSTKO  CZEGO  POTRZEBUJE  i by dłużej nie zanudzać, pijmy herbatę  dla zdrowia i dla przyjemności , a nie , bo tak trzeba , bo jak śpiewają Starsi Panowie ;,,  póki ciebie, ciebie nam pić , póty jak w niebie, w niebie nam żyć … herbatko.”