– wiosna, wiosna, wiosna, wiosennych porządków czas…

—  // —

Powietrze tak lekkie marzeniem
i słońca łzą delikatne,
choć drzewa wciąż nagie,
niczym w jesieni,
to wiatr już prosi o wiosnę.

Wyrzucę z serca
zasuszone kwiaty,
bolesne wspomnienia .
Łąkę nadziei
posieję od nowa
i zrobię miejsce
kiełkującym marzeniom,
tak delikatnym
jak płatki przebiśniegów,
po zimowej depresji
odrodzę się na nowo.

Słońcem znów będę
malować obrazy
deszczem wiosennym
obmyję twarz po zimie,
wolna, radosna,
znów zaznam szczęścia odrobinę .

Właśnie zawitała do nas wiosna, co prawda  tylko  kalendarzowa, ale prognozy wskazują, że niebawem przyjdzie i ta prawdziwa. Wiadomo jak wiosna, to i wiosennych porządków czas.  Większość z nas  zrobiła już porządki w swoim sercu,w swoim sumieniu, wyrzuciła, to co niepotrzebne, posiała nowe nadzieje,  zatem teraz możemy się zająć tym, co ogarnia wzrok, co nas otacza.
   Codziennie rano w drodze na przystanek autobusowy „podziwiam” mnóstwo walających się w przydrożnych rowach śmieci.  Dodam, że jest to jedna z głównych dróg krajowych, wiodąca z południa na północ.  Można  znaleźć tam wszystko, począwszy od butelek, puszek po napojach, poprzez całe  torby zapakowane, no niestety nie wiem czym // nie sprawdzałam /. Wiosna przyszła, młoda trawka sobie rośnie, woda płynie, śmieci leżą, a życie toczy się dalej. Jak gdyby nigdy nic, czyli wszystko w normie.
  Nie czepiam się  samych śmieci. Mieszkam tu już kilka dobrych lat i wiem, że przyjdzie czas, gdy odpowiednie służby wyślą swych pracowników i wszystko będzie wysprzątane. Będzie znowu czyściutko, no przynajmniej przez jakiś czas.  Zastanawia mnie jedno co myśli kierowca , wyrzucając  śmieci do rowu, czy tylko to, że z samochodu pozbył się tego, co zbędne.  Czy podobnie zachowałby się na swoim własnym podwórku. Pewnie nie, bo przecież nasze prywatne podwórko  musi być, wysprzątane,wychuchane,  więc  jak to  jest, że o swoje dbamy, lubimy by było czysto i schludnie, a to, co za ogrodzeniem, to już nas nie obchodzi. Dziwne to wszystko i dla mnie nie do końca zrozumiałe, ale sami  sobie  projektujemy wizytówkę  kraju.
  Może ktoś pomyśli, że się wymądrzam, ze szukam  przysłowiowej dziury w całym ale ….  czy nie warto sięgnąć wzrokiem nieco dalej i zadbać nie tylko o czubek własnego nosa. Przecież to nic nie kosztuje.

– jeszcze coś zostało po wyborach….

Od ostatnich wyborów minęło już sporo czasu, wybieraliśmy, czy nie wybieraliśmy, fakt jest jeden; mamy nowy rząd. Ja jednak nie o polityce, bo to nie moje klocki do zabawy. Po pierwsze, co do polityki, to ilu ludzi, tyle zdań, więc polemizować w tym temacie nie mam zamiaru, a po drugie, zawsze kojarzyła mi się z ciemną stroną medalu.

Przed wyborami była jeszcze kampania wyborcza i na nią, a właściwie na to, co po niej pozostało chciałam kilka słów napisać. A co pozostało?  podarte plakaty i bilbordy  ze zdjęciami kandydujących.   Co niektórzy pewnie powiedzą, że na sprzątnięcie do czysta tego bałaganu jest jeszcze czas,  bo nie minęło ustawowe 30 dni, ale to żadna przyjemność, gdy rano idę do pracy  i dane jest mi podziwiać  podarte  zdjęcia  kandydujących.   Oczywiście dodam, że większa część, przynajmniej w naszym mieście jest uprzątnięta, zwłaszcza te z prywatnych posesji, no ale ta niechlubna część jeszcze pozostała i  straszy.  Bo czy nie jest  rzeczą straszną, że   kandydat na posła, na jednym z plakatów  jest pozbawiony głowy, czy też  na innym , jakaś  sprawna ręka artysty amatora, dorysowała co nie co. Dla mnie jest to  dość żenujące.  Nie wiem, jak to odczuwają sami  zainteresowani, ale sądzie, że to wszystko  delikatnie mówiąc mają gdzieś.  Ktoś powiesił, pewnie  ktoś zdąży w terminie sprzątnąć, no a jeżeli nie, no cóż , kara niewielka. 

Nie jeden pomyśli;  czego się baba czepia? Od razu odpowiem; ano tego, że mi taki obraz miasta przeszkadza.

 

 

Polak, jak wiadomo, lubi leczyć się sam .

Polacy, jak ogólnie wiadomo, to najlepsi specjaliści i to w wielu dziedzinach.  Jest taka, w której też wiedziemy prym. Otóż, Polak lubi leczyć się sam. Dostępność leków wydawanych bez recepty, reklamy w mediach, a także doradzające serwisy internetowe sprawiły, że w ostatnich latach liczba Polaków leczących się bez konsultacji z lekarzem znacznie wzrosła.  Kiedy dotyka nas ból, nie zastanawiamy się, tylko sięgamy po znajdującą się pod ręką tabletkę przeciwbólową.

Trudno uwierzyć, ale w Polsce jest prawie 360 tysięcy placówek uprawnionych do sprzedaży leków i jak ogólnie wiadomo, nie są to tylko apteki, bo większość stanowią supermarkety, mniejsze osiedlowe sklepiki, czy też  stacje benzynowe.  Zdarza się, że gdy kupujemy jedzenie w supermarkecie do koszyka  często wrzucamy też tabletki. Nie dlatego, że nas akurat coś boli, ale tak na przyszłość, na wszelki wypadek, na zapas. 

Przed nami sezon zimowo -grypowy, zatem już teraz kupujemy i łykamy witaminki i inne wzmacniające suplementy diety. Przyznam, że i ja nie wyłamuję się z tych statystyk i oprócz leków przepisanych przez lekarza, dodatkowo coś tam sobie dorzucam na wzmocnienie odporności.  Co jest jednak dla mnie niewyobrażalne, to fakt, że Polacy  co roku kupują około dwa miliardy leków  uśmierzających ból.  Taka łatwość  dostępu sprawia, że  w rankingu spożywania  leków zajmujemy miejsce w czołówce państw europejskich. Jakoś nie zdajemy sobie sprawy, że tego typu medykamenty, łagodząc jedne dolegliwości, przyczyniają się do powstawania innych.

Tematu i tych wszystkich, przytaczanych powyżej liczb by nie było, gdyby nie fakt, że (co prawda od niedawna) pracuję w hurtowni farmaceutycznej i zdążyłam się już przekonać, jakie ilości leków  w tym właśnie tych bez recepty, każdego dnia wyjeżdża w Polskę, a przecież to tylko jedna niewielka hurtownia.

Mój dom, to moja rodzina

Kilka dni temu, w komentarzu u naszej kochanej Uleczki  napisałam, że najlepiej , gdyby człowiek mógłby być w kilku miejscach jednocześnie, pewnie udałoby mu się wszystko ogarnąć. Mam trochę takie poczucie winy, że nie wszędzie zaglądam, że nie zawsze komentuję, choć czytam. Jak  wielu z Was wie, już ponad dziesięć lat  jestem „głową rodziny”. Co prawda, mówi się, że co dwie głowy to nie jedna, ale wydaje mi się, że nie najgorzej  daję sobie radę. Dzieci dorastają i powolutku zaczynają żyć na własny rachunek. W domu nas coraz mniej, ale taka to kolej w tym naszym życiu. No, dość nostalgicznych refleksji, na nie to przyjdzie czas, jak już będę  staruszką, siedzącą w fotelu, okrytą kocykiem….

A teraz? Teraz to już na spokojnie mogę się Wam pochwalić, że we wtorek tj. 24 marca  zostałam po raz trzeci babcią. Córka Paulina urodziła ślicznego maleńkiego chłopca.  Co prawda, z pewnymi problemami, bo po cesarskim cięciu ze wskazaniem, ale najważniejsze, że i mama i dziecko są już bezpieczne, a tata jaki dumny, gdy słyszy, że synuś do niego podobny. Wczoraj właśnie opuścili szpital. Tak więc u Kasi jest Witek i Zosia, a u Paulinki jest Szymon,  oj, podejrzewam, że to nie będzie święta trójca,bo dziewczyny mieszkają blisko siebie, tak o przysłowiowy rzut beretem..

Teraz już spokojniej można skupić się na przygotowaniach świątecznych, bo jak to tej pory to  tylko kartki wysłane,  choć i tu nie obejdzie się bez stresu, bo w środę  1 kwietnia Julka pisze egzamin kończący szkołę podstawową. Niby mówią, ze to nic wielkiego, ale wiadomo, dziecko przeżywa, no a rodzic,, choć tego nie daje po sobie poznać, oczywiście też…  Podobnie jest z Anią , która już w kwietniu kończy szkolę średnią, a w maju, wiadomo matura. Sporo jeszcze tej nerwówki  jeszcze przed nami, ale  wierzymy, że damy radę, bo dziewczyny uczą się dobrze, więc chyba problemów nie będzie, tylko tacy wrażliwcy z nas i  wszystko to bardzo przeżywamy.

Skoro już się tak rozpędziłam i wspomniałam o swoich dziewczynach, to jeszcze słówko o moim kochanym rodzynku. // jeszcze niedawno napisałabym małym, ale teraz to już kawał chłopa z niego,  niby tylko jedenaście lat, ale jeszcze trochę i mnie przerośnie, a ja do  drobinek nie należę // To z tym moim rodzynkiem jest tak;  jest już w piątej klasie uczy się dobrze, tylko tak trochę niesystematycznie, teraz dostał piątkę z klasówki z matematyki , no ale wpadki też mu się zdarzają , więc  zadałam mu pytanie dlaczego to tak jest? wiecie  co mi odpowiedział? cytuję ” oj mamuś, bo to jest tak, ty  wszystko co najlepsze dałaś dziewczynom, a dla mnie najmłodszego to już resztki tych talentów zostały.” No, niezły z niego TALENT 😉

 Za tydzień już święta, te najważniejsze dla nas, ale ja już dziś  życzę WAM wszystkim zdrowych, spokojnych  Świąt Wielkiej Nocy spędzonych w gronie najbliższych,   bo tak jak  mówi przysłowie ” dom, to nie cegła beton, glina, mój dom, to moją rodzina”

Dwieście złotych, to niewielka cena ucieczki przed poważną chorobą

Gdy przyszedł na przysłowiową poranną kawę, nic nie wskazywało, że tego dnia w jego życiu się coś szczególnego. Był jakby troszeczkę wyciszony, spokojniejszy. Kawał chłopa,  waga dawno już przekroczyła setkę, ale o żadnej diecie, a  już o odchudzaniu, czy nawet zdrowym żywieniu nawet słyszeć nie chciał.  Kawy też nie wypił, tylko herbatkę, mówił, że musi do lekarza, ponieważ te leki, które przyjmuje, chyba  nie działają zbyt dobrze, bo i ciśnienie wysokie i ten okropny ból głowy. Prawie nie do wytrzymania.

  Pojechał, a że to człek nerwowy, to w przychodni w kolejce nie miał zamiaru czekać, no bo on przecież tylko po recepty. Pomimo protestów innych czekających cierpliwie  chorych, lekarz rzeczywiście przyjął go poza kolejnością.  Tu szok; skierowanie do szpitala z podejrzeniem, a właściwie prawie pewną diagnozą udaru niedokrwiennego. wspomniałam wcześniej, że wielki z niego chłop, ale i wielki w nim strach. Prosto od lekarza, nie zważając na bezpieczeństwo, pojechał  do najbliższego szpitala, bo przecież lekarz mówił, że liczy się  czas, każda godzina, każda minuta. Szczęściem,  na miejscu szybko zajęli się nim lekarze. Natychmiastowa tomografia, ocena stanu choroby, leki, leki, leki.  Tym razem się udało, po dłuższym leczeniu organizm wrócił do normalnego działania. Udar nie zdążył zrobić spustoszenia  w jego mózgu.

  Po miesiącu przyszło zdjęcie z fotoradaru i mandacik do zapłacenia, ale co tam, warto było, bo czymże jest dwieście złotych mandatu, za przekroczenie  prędkości, gdy udało się  uciec przed poważną chorobą, która atakuje bez ostrzeżenia, powoduje niedowład ciała, a nawet paraliż.

Mąż na godziny…

Przeglądając wczoraj lokalną gazetę, natknęłam  się na takie oto ogłoszenie;

MĄŻ  NA  GODZINY.
Oferujący: Osoba prywatna
Treść ogłoszenia
Mąż na godziny to usługa kierowana do kobiet nie posiadających męskiej pomocy domowej w postaci męża, dla których drobne usterki są zbyt błahe by wynajmować drogich specjalistów oraz zbyt irytujące i niebezpieczne by z tymi usterkami mieszkać. Szczególnie gdy dotyczy to usterek, które można naprawić w przysłowiową godzinę.
Zakres usług:
•pomoc w doborze sprzętu RTV/AGD do Twojego mieszkania, domu;
•instalacja i podłączenie sprzętu RTV i AGD i TV satelitarnej;
•rozwiązanie problemu braku światła w lodówce, korytarzu i garderobie;
•naprawa luźnego i iskrzącego gniazdka elektrycznego;
•drobne naprawy elektryczne, którymi nie zajął się elektryk;
•pomoc w zakupach przez Internet;
•wymiana koła w aucie, rowerze dziecka;
•fachowa pomoc przy zakupie używanego auta;
•przewiezienie członka rodziny na wizytę lekarską;
•zawiezienie psa, kota czy innego pupila do weterynarza;
•transport rzeczy samochodem (osobowym)
•sprzątanie i wywóz niepotrzebnych rzeczy;
•posprzątanie połamanych mebli po ostatnim rozstaniu;
•wyniesienie rzeczy “byłej lub byłego”;
•fachowa pomoc przy zakupie/sprzedaży nieruchomości;
•powieszenie karniszy, firan, stylowych zasłon, żaluzji;
•montaż żyrandoli, lamp, kinkietów;
•powieszenie obrazów, portretów, luster;
•skręcanie i montowanie mebli;
•przestawienie szafy w jej odpowiednie miejsce;
•naprawa zacinającego się zamka drzwi domowych, łazienki;
•naprawa skrzypiących drzwi lub łóżka;
•naprawa niedomykającego się okna;
•uszczelnianie okien i drzwi, przez które zimą wieje;
•wymiana uszczelki w kranie;
•koszenie trawnika;
•rąbanie drewna na opał;
•rozłożenie trutki na gryzonie;
•przetkanie zatkanego zlewu, prysznica i wanny;
•odpowietrzanie kaloryfera, grzejnika;
•montowanie prawie wszystkiego i prawie wszędzie;
•…oraz przede wszystkim sprzątanie po skończonej pracy!

Co prawda, korzystać nie zamierzałam, bo skoro przez ponad dziesięć lat, jakoś tam dawałam sobie radę sama, no dobra, czasem  z pomocą sąsiadów, gdyż panicznie boję się  prądu,  ale przecież nie byłabym sobą, gdybym nie zadzwoniła pod wskazany w ogłoszeniu numer telefonu.  Może to tylko jakiś żart, wszak redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń. Jednak nie.  Po drugiej stronie usłyszałam miły, męski głos. Od razu uprzedziłam, że nie chodzi o żadne zlecenie. Pan, choć trochę rozczarowany, zgodził się  jednak na krótką rozmowę.  Stwierdził, że odkąd stał się osobą bezrobotną, to jest to jego pomysł na życie, bo przecież rodzinę trzeba  utrzymać, zanim znajdzie coś konkretnego.  Początki jak zwykle były trudne, ale teraz na brak zleceń nie może narzekać, a najlepszą reklamą jest to jak to jedna pani, drugiej pani… poleci  fachowca . Co do klientek, to są to panie (choć nie tylko)  w rożnym wieku, owszem, zdarza się  wypić kawę, ale – tu  rozmówca uprzedził moją ciekawość –  jak do tej pory  nie spotkał się z innymi propozycjami i z tego się bardzo cieszy, bo oznacza to, że jest traktowany  poważnie.

  Chwilę jeszcze trwała rozmowa ( miła),  na koniec pan oczywiście  nie omieszkał polecić swoich  usług na przyszłość, a może kiedyś ?. Cóż, nie wiadomo, kiedy człowiek  będzie w potrzebie.  Przyznacie jednak, że jest to  jakiś sposób na życie, na siebie.  Tak na marginesie  już dodam, że w całym tym ogłoszeniu  najbardziej do mnie przemówił  ostatni zakres działania  MĘŻA  NA  GODZINY, czyli,  sprzątanie po skończonej pracy, co nie jednemu profesjonalnemu fachowcowi umyka.

Jeszcze o służbie zdrowia, choć nie tylko….

Pierwsze w tym roku spotkanie  z naszą służbą zdrowia mam już za sobą. Leki na receptę, bez których moje funkcjonowanie pewnie byłoby  już niemożliwe, kończyły się, zatem…. mus był.  Wiadomo, że najpierw trzeba było się upewnić, czy przychodnia otwarta. Tu  jednak bez problemu, gabinety i lekarze czekają. Trzeba się jeszcze tylko zarejestrować, bo chorych jak wiadomo wszędzie dużo, za dużo, ale i to się udało. Dodam tylko, że znajomy,  trzymał dla mnie kolejkę od szóstej  rano, gdzie przychodnia otwiera swoje drzwi przed ósmą. Zimno, wietrznie, starsi ludzie po dwie, trzy godziny przed budynkiem, no ale przecież zima i „sorry,ale taki mamy klimat”. U pani doktor za to jak zwykle przyjemnie i prawie rodzinnie, wszak ta sama od dwunastu lat. Z pozytywniejszym  nastawieniem, z zapasem leków i recept na przyszły miesiąc, od razu człowiek może nie zdrowszy, ale na pewno spokojniejszy, że nie musi leczyć się sam, bo jak wiadomo….

  Polacy uwielbiają samoleczenie. Jesteśmy bodajże w czołówce w przyjmowaniu leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych, zwłaszcza, tych reklamowanych w telewizji, tych, co to potrafią zdziałać cuda.  Wszystko w porządku, gdy jeżeli choć czytamy ulotki i się do nich dostosowujemy. Często jednak zdarza się tak, że gdy ból nie ustępuje,bierzemy następną i następną. Łatwo wtedy przedawkować, skutkiem czego może być zatrucie organizmu, a w cięższych przypadkach, może nawet dojść do uszkodzenia wątroby, czy innych narządów.

  Na koniec jeszcze mały (no może, nie taki mały) paradoks.  Otóż, mąż, wiozący rodzącą żonę do  szpitala, nie mógł wjechać na jego teren, ponieważ nie miał 3 zł na bilet.  Pomimo tłumaczeń, że żona właśnie zaczyna rodzić i że w pośpiechu zabrali tylko najpotrzebniejsze rzeczy (a nie były to pieniądze),sumiennie wykonujący swe obowiązki portier odmówił podniesienia szlabanu. Zachowanie portiera wstrząsnęło  nie tylko mężczyzną, ludźmi z miasteczka i okolic, ale  i dyrekcją szpitala, która to przeprosiła i całą odpowiedzialność wzięła na siebie, choć firma, która zatrudnia pracowników portierni, to firma z zewnątrz. Dobrze, że choć finał był na plus  i  urodziło się zdrowe dziecko, a małżonkowie zostali szczęśliwymi rodzicami, choć pewnie  niesmak pozostał…. a wszystko przez tę nadgorliwość.

 

Przed nami uroczystość Wszystkich Świętych, obyśmy z cmentarzy do domów wrócili bezpiecznie.

Wszystkich Świętych to dzień, gdy wspomina się zmarłych, to czas zadumy i refleksji, ale to również czas, gdy szczególnie musimy uważać, bo to również czas wzmożonego ruchu na drogach.  Tysiące osób przemierza dziesiątki, nawet setki kilometrów, by na grobie bliskich zapalić znicz, symbol wieczności i jednocześnie symbol naszej pamięci o tych, którzy opuścili nasz ziemski świat. 

Już od 31 października , jak co roku, będzie prowadzona  policyjna akcja „Znicz”, gdzie policjanci będą czuwać nad naszym bezpieczeństwem, umożliwiając w miarę płynny przejazd w okolicach cmentarzy i nie tylko. Wzmożone kontrole pojazdów i kierowców to tylko kropla  tego naszego bezpieczeństwa. Przede wszystkim my sami (kierowcy, piesi ), powinniśmy się postarać, by wyjazdy i powroty  były bezpieczne.

 Przede wszystkim wyeliminować alkohol, ogólne wiadomo, że jest on dla ludzi,ale w połączeniu  z użytkownikiem drogi, stanowi wręcz  morderczą mieszankę.  Jeżeli już mamy  zamiar w gronie rodzinnym wypić ten kieliszek czegoś mocniejszego, to może warto przesiąść  się na autobus , lub o ile to możliwe odłożyć powrót na następny dzień.

Trzeba również pamiętać, że to już późna jesień, a więc mogą zdarzyć się przymrozki, lub poranne mgły, no i o wiele wcześniej zapada zmrok, zwłaszcza teraz, gdy przeszliśmy na czas zimowy.  Tu  wypada  przypomnieć, że piesi mają obowiązek noszenia elementów odblaskowych  poza terenem zabudowanym. Z obserwacji wiem, że  bardzo różnie z tym bywa. Dwa dni temu, omal nie najechaliśmy na pewnego  podchmielonego gościa, który widać bardzo zmęczony siedział sobie na drodze. Obok  leżał rower i  potłuczona butelka. Równie duże zagrożenie stanowią piesi idący  poboczem, bez odblasków, bez jakiegokolwiek oświetlenia. 

Dzień Wszystkich Świętych to również czas rozważań nad tym jak  bardzo kruche jest nasze życie, może więc nie warto się śpieszyć , gdy będziemy jechać samochodem. Czasem warto zwolnić, by choć później, ale szczęśliwie dojechać do domu.

 

To i tamto, tu i teraz

Nawet się człowiek nie obejrzał, a już prawie połowa wakacji minęła. Jedno dziecko  wróciło z kolonii, lada dzień wyjeżdża drugie, potem trzecie. Dzień mija za dniem.  Kolejne urodziny minęły.Człowiek znowu o rok starszy, choć nie jestem pewna, czy o rok mądrzejszy.

  Wiem, że to wszystko piszę trochę chaotycznie, ale winna jestem co niektórym osobom choćby kilka słów, na temat mojego ograniczenia  wirtualnego. Owszem, zaglądam, sprawdzam pocztę, odwiedzam portale społecznościowe, ale o wiele mniej czasu na to poświęcam.  Latem, życie na wsi płynie zupełnie inaczej. Więcej pracy, więcej obowiązków, a do tego jeszcze sprawy urzędowe, których bardzo nie lubię załatwiać. Jak człowiek z jedną się upora, to już dwie następne wchodzą na głowę. Takie to już jest życie  kury domowej, samotnie wychowującej swoje pisklęta. Oj, żeby tylko kto nie pomyślał , że narzekam, czy też żałuję swojej decyzji. Co to, to nie. Stworzyliśmy sobie swój mały, odrobinę szalony , ale za to bezpieczny świat i dobrze nam w nim. Nawet nie zazdrościmy innym, bo póki mamy siebie, potrafimy razem cieszyć się nawet z tych maleńkich rzeczy, ale też razem przeżywamy te trudniejsze chwile.  

  Właśnie, co do tych trudniejszych, to jeszcze jedna za mną. Niedługo, po moim poprzednim wpisie, piękna , wirtualna przyjaźń skończyła się. Niestety. Choroba postępowała bardzo szybko i śmierć zebrała swoje żniwo. Dziwne to uczucie, stracić kogoś, kto był bliski, a jednocześnie nigdy się go nie poznało. Żeby nie wpaść w kolejny dołek, zaczęłam wcielać w życie słowa, których autorem jest George Bernard Shaw, a brzmią one tak…

” Zatrzyj ręce i weź się do roboty. Krew zacznie ci lepiej krążyć, a umysł lepiej pracować. Przepływ  życia w tkankach szybko wypędzi z twojego organizmu zmartwienia.  To najtańsze lekarstwo, jakie istnieje na ziemi i jedno z najlepszych.”

Wiecie, że to pomaga. Dzień za dniem intensywnej pracy; jak nie u siebie ( terenu zielonego do utrzymania w należytym porządku sporo),to pomoc sąsiadom w pracach polowych, przecież oni w życiu  tyle razy mi pomagali . Oczywiście wszystko na miarę swoich możliwości i sił.  Jak sobie człowiek tak kilka dni popracuje fizycznie,, to jedyne o czym marzy, to kąpiel, mała podusia do przytulenia i sen. Tak właśnie ostatnio żyję. 

   A co przede mną? Powoli trzeba myśleć już o wyprawieniu dzieci do szkoły, nadrobieniu zaległych wizyt lekarskich ( pierwsza , kontrolna  dziś i jak zwykle już jakaś iskierka niepewności się tli, a jeżeli….), no i jeszcze najważniejsze. Za dwa tygodnie chrzest Zosi. Oj, będzie się działo, bo  mała księżniczka już dwa miesiące temu skończyła roczek  i do chrztu na własnych nóżkach pójdzie. Dla rodziców to wielkie przeżycie, no i dla babci  oczywiście też. 

  Pozdrawiam wszystkich, którzy zaglądają jeszcze na mojego bloga,  choć jestem i piszę rzadziej, to na pewno nie zniknę, bo bez WAS kochani  nie da się żyć. To już taki mój mały,niegroźny nałóg. 🙂

Kilka słów do Was kochani.

Kochani chciałam przeprosić, że ostatnio mnie  tak maleńko  w tym blogowym światku, nie wszystkich znajomych zdążyłam odwiedzić, nie wszędzie  zostawić komentarz. Ostatnie trzy tygodnie  zajmowało mi pieczenie  słodkości, bo to i okres świąteczny , no i tak się złożyło, że jeszcze inne uroczystości.  Lubię to robić  dla przyjaciół i dla ich znajomych, tak na rożne okazje, no, a jeżeli przy tym  jeszcze dodatkowy zastrzyk gotówki, więc  tym lepiej, bo wiadomo , każdy grosz się przyda. Więc  przepraszam, a jeżeli  już ruszyliśmy kwestię zastrzyku , czyli stronę bądź co bądź medyczną , to na ostatniej wizycie , pani doktor  nie podobała się praca mojego serca i  po odczytu z EKG  nakazała , by jak najszybciej skontaktować się z  kardiologiem.  Wszystko to pięknie, bo troska o pacjenta jest, tylko problem w tym , by do tego kardiologa się dostać. Kolejki, wiadomo jakie, chyba , że człowieka wcześniej rozłoży i  na oddziale szpitalnym wyląduje.  Myślę więc, skoro tam trzeba długo czekać, to skonsultuję się ze znajomym lekarzem, co prawda to specjalista z innej dziedziny, ale dobry lekarz ( pierwszy w rankingu lekarzy w okręgu), przyjaciel, no i na internie pracuje. Umówiłam się na wizytę. Byłam  jedenasta, no, nie jest źle z tym tylko , że dopiero weszła pierwsza osoba. No to sobie poczekam, bo każdy pacjent tam w środku to długo i dokładnie, pół godzinki jak nic. Wchodzę w swój ulubiony  kątek, wyciągam książkę i, no właśnie; tutaj wielki ukłon dla naszej blogowej znajomej.  Aniu, ,,ŻÓŁTA TABLETKA ” działa jak  prawdziwe lekarstwo. Naprawdę, z czystym sumieniem polecam każdemu ( książka krąży już wśród moich znajomych i wszyscy zadowoleni) .  Czytałam z zapartym tchem i jakby ciągle było jej mało.  Przyznam, że były chwile , gdy ręką zakrywałam usta , by nie parsknąć  śmiechem, (  bo ludzie chorzy  i cokolwiek dziwnie na mnie zerkali),   ale i chwile refleksji i zadumy były.  Za książkę jeszcze raz dziękuję , a kto nie czytał, bardzo polecam. ŻÓŁTA  TABLETKA autor ANNA SAKOWICZ.  Tak mnie wciągnęła , że nawet  nie dostrzegłam , że to już moja kolej do lekarza.   Lekarz zbadał, wytłumaczył, mówił,  że znowu o siebie nie dbam jak trzeba  , wypisał receptę  i za miesiąc kazał się zgłosić. Już nie raz wyciągał mnie  na prostą  i teraz póki co też  obiecał. 

  Miało być kilka słów , a ja znowu  się rozpisałam , taka papla ze mnie.   Dziś  kolejny dzień długiego majowego weekendu. Ciasto czeka gotowe do odbioru , a ja obiecuję Wam i sobie przede wszystkim , że solidnie będę odpoczywać, świętować rodzinnie , no i oczywiście nadrabiać zaległości na blogu.